WYJAZD DO FRANCJI - RELACJA

 Od 13 do 18.09 byłam we Francji, spełniło się moje małe marzenie. Zapraszam!
(TAM GDZIE KRÓCIUTKA GRZYWKA TAM JESTEM JA)


Najlepsze jest to, że nie planowałam tego, dowiedziałam się jakiś tydzień przed podróżą. Wyjazd jest częścią międzynarodowego projektu artystycznego między Francją (a dokładnie Seclin) a Zabrzem. W tym roku my tam pojechaliśmy, za rok przyjadą ludzie stamtąd, a za dwa lata mamy wspólną wystawę. Można to ładnie nazwać tak, że byłam częścią delegacji artystycznej. Pierwszy dzień spędziliśmy m.in. w Parku Mosaic, gdzie bardzo podkreśla się wielokulturowość i przedstawia się ludzi z wielu krajów, w tym Polski. Drugi dzień spędziliśmy w Lille, gdzie znajduje się drugie najważniejsze muzeum we Francji, Palais des Beaux-Arts, które powstało z inicjatywy Napoleona Bonapartego. To straszne dziwne uczucie widzieć na żywo obrazy, których uczy się na historię sztuki lub widziało się malutkie zdjęcia gdzieś w książkach. Widziałam Goyę, Rubensa, Moneta, Maneta, van Gogha, Rafaela... A to tylko część zbiorów tego wspaniałego muzeum, bo mają też np. antyki. Jezu, czułam się tam jak w raju. 



W piątek byliśmy w Muzeum w Roubaix (La Piscine). Ciekawostka jest taka, że kiedyś to był basen. W każdym razie, na widok tego witrażu aż ugięły mi się nogi, co nie jest wielkim zaskoczeniem bo jestem fanką takich rzeczy. Nie pamiętam stamtąd zbyt wielu nazwisk, ale za to pamiętam, że tam też było tyle ładnych obrazów i rzeźb, że nie wiedziałam na co patrzeć najpierw. Piątek był dla mnie ogólnie bardzo ważny, ponieważ o dwudziestej odbył się koncert Orkiestry Narodowej z Lille, a ja aż się wzruszam przy muzyce klasycznej, tak bardzo uwielbiam słuchać jej na żywo... Sobotę spędziliśmy w Seclin, bo to był nasz dzień - mieliśmy stoisko promocyjne, gdzie mieliśmy możliwość pokazania i sprzedawania swoich prac. Z całego stoiska sprzedały się może dwa obrazy, ale nic dziwnego, skoro to miasto nie jest zbyt turystyczne i byliśmy odrobinę schowani ze swoim stoiskiem. Za to na przykład pozbyłam się bariery, którą czułam by rozmawiać po angielsku z innymi. Byliśmy tam ze szkołą muzyczną i wieczorem to oni mieli koncert, który wspominam bardzo dobrze.
Zaskoczyło mnie to, jak nas tam ogólnie rozpieszczali. Codziennie byliśmy w innej restauracji (co pewnie widać po ostatnim zdjęciu :v). Spróbowałam fondant (przy okazji, fondą a fondi to co innego, dowiedziałam się tego dopiero tam, tak to jest jak się w ogóle  w kuchni nie siedzi), ostryg, różnego rodzaju mięs i ryb. W tym wszystkim - kolacjach i podróżach po okolicy - towarzyszył nam mer. Podsumowując - jestem tak bardzo szczęśliwa, że wreszcie sobie nadrobiłam Francję... 

Czyżby nastał czas wracania dobrej karmy? Mam nadzieję, kochani. 
Poznajecie pracę w prawym dolnym rogu?



PS  prace, które muszę niedługo zrobić (inspirowane tym wyjazdem) mogą być jednocześnie moim dyplomem z malarstwa.
Lepiej być już chyba nie mogło.
Photobucket  Photobucket  Photobucket  Photobucket  Photobucket

Komentarze

Popularne posty